Mama na rowerze

ML2014-69W miniony weekend miałam wziąć udział w kolejnej edycji Mazovia 24h. Świetna zabawa, całkiem przyzwoite wyniki z lat poprzednich i fakt, że to jednak impreza inna niż wszystkie, to wszystko mówiło 'jedź, startuj, walcz znów o podium'. Tym razem jednak rozsądek wziął górę i w związku z tym, że na 20 w niedzielę miałam być w Poznaniu na koncercie, uznałam, że fizycznie nie dam rady połączyć tych dwóch rzeczy. Przespać koncert to jedno , ale zaśnięcie za kierownicą absolutnie nie było w moich planach.


Wolną sobotę trzeba było jednak jakoś rozsądnie wykorzystać - rozsądnie znaczy się rowerowo oczywiście. Część teamu wybierała się na ósmą już edycję Memoriału Bercika, tak więc i ja stwierdziłam, że warto spróbować. Pod każdym, jednym względem warto było. Jeżdżę po różnych zawodach od pi razy oko czterech lat i z czystym sumieniem mogę napisać, że to była najlepsza impreza rowerowa na Mazowszu na jakiej byłam. Pani Grażyna - mama zmarłego tragicznie Huberta Manteuffla, którego pamięci poświęcony jest ten wyścig, powiedziała przed startem, ze stara się spełniać marzenie syna o maratonie rowerowym w jego rodzinnym mieście. Pani Grażyno - świetna robota, czapki z głów i pełen podziw.
Już przed startem zaczęłam się trochę obawiać bo każda napotkana osoba, która widziała mój czerwony numer oznaczający start na długim dystansie mówiła, że będzie ciężko, że to trudna trasa, że może powinnam to jeszcze raz przemyśleć. Na dodatek wszyscy panowie z CRT, którzy stawili się na starcie wybrali wersję standard, czyli ok 18 km. Nie powiem, ze nie napędzili mi stracha. No ale cóż...od dawna wyznaje zasadę, że jak już mam dojechać na start kawał drogi to chociaż fajnie żeby sam wyścig nie trwał krócej niż podróż samochodem. Także klamka zapadła a ja stanęłam na starcie z zamiarem przejechania trzech pętli.
Już po niedługiej chwili i asfaltowym rozjeździe miało się okazać, ze plotki na temat trasy nie były ani trochę przesadzone. Była świetna, jak na warunki Mazowsza trudna i naprawdę wymagająca. Mały korek na pierwszym podjeździe był do przewidzenia, na szczęście na kolejnych okrążeniach można było już tam spokojnie jechać. Piach którego się obawiałam był, poza jedną piaszczystą górką, w zasadzie do przejechania. Cała trasa to świetne leśne single, mnóstwo mniejszych lub większych podjazdów i całkiem strome i szybkie zjazdy, które sprawiały mi chyba najwięcej frajdy. Niektóre ze zjazdów prowadziły pomiędzy zaskakująco gęsto rosnącymi drzewami. Na drugim okrążeniu niestety nie wyrobiłam pomiędzy dwoma z nich i zahaczyłam o drzewo kierownicą. Trening z wielokrotnego przewracania się na Singltreku zrobił jednak swoje i udało mi się nawet całkiem zgrabnie wylądować, nie robiąc sobie jakiejś specjalnej krzywdy tym razem. Poza, oczywiście, chwilą straty czasu na pozbieranie się do kupy.
W zasadzie cała trasa wymagała ciągłej koncentracji, bo jak nie piaszczysty zjazd, to wyrzucająca do góry hopka, nagły zakręt lub jeden z wielu korzeni czyhały na startujących i próbowały zrzucać ich z rowerów :-)

Zdecydowanie najlepsza mazowiecka trasa, można się na niej ujechać jak nigdzie indziej. Do tego fantastycznie oznaczona - nagromadzenie strzałek, ostrzeżeń, zapowiedzi bufetów - nie było mocnych żeby ktokolwiek pogubił trasę.
Na drugim okrążeniu dogoniła mnie Dorota Rajska, z którą, jak wynikało z szybkiego 'przeglądu' startujących pań, miałam walczyć o ewentualne 2 lub 3 miejsce na podium w kat k3. Pierwsze już przed startem, całkiem słusznie, przypisałam Uli Luboińskiej, która z resztą okazała się najszybszą kobietą na dystansie sport.
Dorota uciekła mi dość znacznie ale na trzecim okrążeniu udało mi się do niej dojechać i w zasadzie do końca jechałyśmy już razem, planując jakieś bardziej spektakularne ściganie dopiero na ostatnich metrach. Niestety ostatni ostry zakręt przed metą, w który Dorota weszła znacznie lepiej niż ja sprawił, że musiałam zadowolić się najniższym stopniem podium.
Na metę wpadłam nieziemsko zmęczona i niesamowicie ubłocona - choć błota na trasie nie było w sumie aż tak dużo. Dłuższą chwilę zajęło mi złapanie oddechu na tyle żeby porozmawiać z chłopakami z CRT, którzy już dawno ukończyli swoje ściganie.
Kolejne zaskoczenie, bardzo z resztą miłe, to bufet na mecie. Ciasta, ciastka, ciasteczka, owoce, napoje - ogromne ilości wszystkiego co tylko dusza zapragnie + oczywiście tradycyjny powyścigowy makaron. Full wypas jednym słowem. Z resztą trzy punkty z wodą na 18 kilometrowej pętli też mówią już same za siebie.
Do tego wszystkiego bardzo fajne nagrody za zajęte miejsca i tombola 'na bogato' (choć niestety mój numer jakoś nie wpadł w ręce 'sierotki'). To wszystko przy wpisowym wynoszącym 0 zł (słownie zero) - sponsorzy stanęli na wysokości zadania.
Nie sposób nie wspomnieć również o ogromnej pracy wielu wolontariuszy, od których koloru koszulek , na trasie było aż pomarańczowo. Wielkie ukłony i podziękowania dla wszystkich - jak już napisałam - robicie kawał świetnej roboty.
To był mój pierwszy Memoriał Bercika, ale na 100% nie ostatni. Tym razem pojechałam bo akurat 'zrobiła się dziura' w kalendarzu - w przyszłym roku to start w 'Berciku' będzie tym, do którego będę dopasowywała inne wakacyjne imprezy.

Marta Mikołajczyk