Piotr Chudzik

To już III Memoriał Bercika i przy okazji pierwszy, w którym wziąłem udział.

Dystans Sport: 51 km. Zapisując się na ten maraton pomyślałem "A.. pikuś, jeździłem trochę w ostatnim czasie, więc dam radę". Dobre prognozy pogody, mniej niż 300 osób na trasie, więc liczyłem na niezły wynik bez morderczego wysiłku.

Nadeszła sobota, godz. 9:20. Odbieram numer startowy (91) i chip do pomiaru czasu. Po chwili rozgrzewki na rowerze ustawiam się w pierwszej linii startowej, wśród napakowanych karbonem rowerów i sponsorowanych bikerów. Jeszcze parę słów od spikera, kilka fotek i wielkie odliczanie.

3, 2, 1... i poszli!

Początkowo jazda przez 2-3 km po asfalcie. Formowała się czołowa grupa, zawodnicy wymieniali się bez przerwy pozycjami, aż zauważyłem, że nagle z czwartego miejsca zleciałem na dalsze niż dziesiąte miejsce w peletonie. Podciągnąłem trochę do przodu, pamiętając jednak o oszczędzaniu sił. Wpadliśmy za zakrętem na wertepy, gdzie tempo już nieco zmalało, a wszyscy jechali niemal gęsiego.

W porównaniu z poprzednim maratonem tu było zupełnie inaczej. Tam głównie wyprzedzałem, startując z ostatniego sektora. Tutaj natomiast startowałem na samym początku grupy i co chwila traciłem pozycję. Nie byłem w stanie utrzymywać tak wysokiego tempa po połowie pierwszego okrążenia.

We znaki dał mi się mój znienawidzony piach, którego nie brakowało miejscami na trasie. Na piątym kilometrze pokonując kilkumetrową piaskownicę zarzuciło mnie na jedną stronę, potem na drugą, aż nagle przednie koło się zakopało i przeleciałem przez kierownicę... Co gorsza, blisko za mną jechał inny zawodnik i gdy już upadłem, najechał na mój rower i też wywinął orła. Podniosłem się szybko i otrząsłem z piasku. Z lekko skrzywioną kierownicą pomknąłem dalej, lecz w miarę ostrożnie.

Na trasie nie brakowało niebezpiecznych miejsc. Ostre, krótkie podjazdy i zjazdy były sporym wyzwaniem dla mięśni i sprzętu. Na jednym, dłuższym zjeździe najadłem się strachu, gdyż przy minimalnie większej prędkości wyleciałbym z trasy i poturlałbym się wraz z rowerem po zboczu. Na końcu owego zjazdu był zakręt i gruba warstwa piachu. Na pierwszym okrążeniu piasek okazał się zdradliwy i znowu zarzuciło mi rowerem. Później byłem już ostrożniejszy (akurat...).

W porównaniu z Otwockiem gorzej mi się dzisiaj jechało. Nie wiem czy byłem gorzej przygotowany, czy pogoda mi nie sprzyjała. (Było słonecznie i parno). W połowie pierwszego okrążenia nie pocieszył mnie fakt, gdy okazało się, że podczas lotu przez kierownicę zgubiłem swój izotonik z kieszeni. Na szczęście po drodze były rozdawane napoje, jednak zanim coś złapałem, zdążyło mnie nieźle przesuszyć w gardle.
Na pierwszym okrążeniu, gdy co rusz zawodnik przede mną mi odjeżdżał, zaczął powstawać mały korek za mną (ścieżki były dość ciasne). Miałem ochotę skończyć wyścig przed czasem, gdy doszedł do tego wszystkiego okropny ból w plecach. (Chyba będę musiał popracować nad ustawieniem właściwej pozycji na rowerze - kolejna wymiana sprzętu...)

Byłem w połowie drugiego okrążenia, gdy nagle zauważyłem, że nie ma nikogo przede mną ani za mną. W sumie i lepiej, bo mogłem jechać swoim równym tempem. Zarówno drugie, jak i trzecie okrążenie na szczęście przejechałem już bez upadków.

Męczyło mnie to, że jestem nieco głodny i mimo, że mam nawet jakiegoś batonika w kieszeni, to nie mogę go po prostu wyjąć i zjeść! Wszędzie pełno zakrętów, drzew i dziur, a na dodatek czuć oddech rywala na plecach. Udało mi się go szybko wepchnąć do buzi na kawałku prostego asfaltu, jednak i tak miałem problem z połknięciem, bo jednocześnie oddychałem przez usta... Coś okropnego. Nie dziwię się, że zawodowcy faszerują się żelkami.

Na trasie było kilka fajnych, wymagających podjazdów. Na większości jednak trzeba było pod koniec wbiec z rowerem w rękach, bo albo sił zabrakło, albo pojawiał się piasek. Na trzecim okrążeniu po serii trudnych podjazdów byłem wyczerpany. Zszedłem z roweru i polewając się wodą z bidonu szedłem wolnym krokiem pod górę. Zaczął mnie łapać skurcz w łydce... Na dodatek widziałem jak zbliżał się już zawodnik (nr 42?), za którym dość długo jechałem, a potem na podjeździe go wyprzedziłem (tylko dlatego, że zeskoczyłem wcześnie z roweru i biegłem co sił w nogach).

Gdy zbliżałem się już powoli do mety znowu nie było nikogo w mojej okolicy. Wyprzedziłem dwóch, może trzech rywali, którzy jechali wolniej lub mieli jakiś problem z rowerem. Aż tu nagle 2-3 kilometry przed metą pojawił się za mną ten sam zawodnik (w pomarańczowej koszulce), za którym dość długo się trzymałem. Gdy już wyjechałem z lasu miałem nad nim parę sekund przewagi, której po morderczym sprincie już nie oddałem.

Na koniec zaliczyłem efektowny finisz - przejechałem metę z prędkością ponad 30 km/h po czym 30m za metą chciałem wyhamować lekko bokiem. Niestety robiłem to na trawie, więc momentalnie rower wyślizgnął się spode mnie i nagle leżałem już na trawce i odpoczywałem.

Podsumowując muszę przyznać, że impreza udana. Nie spodziewałem się za darmochę organizacji na poziomie innych znanych maratonów. Część ścieżek była mi znana, ale organizatorzy i tak zaskoczyli mnie urozmaiconą trasą, która dała mi w kość. Gratuluję! Chcę częściej niż raz w roku!

Piotr Chudzik

www.chudzini.bikestats.pl