Maraton "pod nosem"

To dziwne, że o tym Memoriale usłyszałem zaledwie 2 dni wcześniej, bo nie dość, że mam go 'pod nosem' to wypowiadający się opisywali go w samych superlatywach, w każdym razie przygotowania jako-takiego do zawodów nie było, tak jak pisałem dowiedziałem się o nim na forum 2 dni wcześniej (30 minut po zamknięciu rejestracji internetowej...), więc żadnych specjalnych treningów, diet i innych pierdół nie robiłem, ale w sumie chyba nie wyszło to na złe :)
Pobudka dość wcześnie - chwila przed 8, szybko się ogarnąłem, żeby ok 9 być na miejscu i na spokojnie się zapisać, tak też zrobiłem i nawet dojechałem do miasteczka tak jak planowałem :)

W biurze zawodów kolejka bardzo mała, więc super, ustawiam się w tej odpowiedniej, rejestracja na dystans SPORT (3 okrążenia po ok. 16 km)przebiegła dość sprawnie, przy okazji dostałem żel i smycz (ciekawe gdzie indziej dostałbym cokolwiek, hehehe...). Kolejny plusik dla organizatorów za to, że chipy są takie same jak w Mazovi - żeby założyć wystarczyło wypiąć stary z podstawki, wpiąć nowy i tyle, bez odpinania, przypinania zipów - super. Po załatwieniu potrzebnych spraw ustawiłem się w oczekiwaniu na Artura, dojechał dopiero ok 9.30, ale zdążył bez problemu się zarejestrować (rejestracja miała być niby do 9.30 właśnie, ale chyba później też nie było problemu). Jeszcze na szybko zrzucić zbędny balast i na start. Dojście do startu okazało się lekko problematyczne, środkiem nie było jak, bo stali zawodnicy a po bokach nie było miejsca, więc po krzakach...
Start opóźnił się chwilę (5 minut chyba), ale to nic, wszak bywało już gorzej :) Po starcie bardzo spokojnie, prędkości w okolicy 35 kmph (jechałem raczej z tyłu), szeroko, ogólnie luz. Pierwsze kilka (3,4?) kilometrów to raczej szerokie szutrówki i asfalt z kawałkiem lasu i odrobiną piachu. Dalej trasa zdecydowanie bardziej ciekawa i zdecydowanie bardziej wymagająca, ogólnie dużo singli, sporo jak na taką traskę podjazdów, jedno/dwa podejścia (chociaż niektórzy wszystko z siodła...), kilka piaszczystych 'czarnych dziur' i odrobinka błota, do tego wszystkiego bardzo fajne, acz niebezpieczne zjazdy (niewidzialne słupki, pieńki i korzenie), interwałowa, ale śmiało można użyć określenia 'genialna' trasa.
Niestety pierwsze okrążenie (jak mi się wydawało) dość słabe - niestety po starcie zwykle nie jestem najszybszy i nie wyprzedzam dużo ludzi, do tego startowałem z końca, toteż jechałem za wolniejszymi zawodnikami a biorąc pod uwagę wspomnianą dużą liczbę singli skończyło się jak się skończyło, czyli jazda niezbyt dobrym tempem, dopiero po ok 3/4 okrążenia znalazło się miejsce i wyprzedziłem, okrążenie pierwsze zakończone po ok 48 minutach.
Drugie okrążenie rozpocząłem samotnie i w większości jechałem sam wyprzedzając tylko kilka osób po drodze, tu należy zaznaczyć, że jadąc samemu bez większych trudności pokonałem większość zjazdów, pod które jeszcze okrążenie temu rower musiałem wprowadzać (był taki jeden podjazd na szczycie którego było dużo piachu a później skręt w prawo... aghhhh... :D ) bez problemu podjeżdżałem, na zjazdach to samo, dłonie zaciśnięte na gripach, żeby nie kusiło, dupa do tyłu i wio! Szczerze powiedziawszy wydawało mi się, że drugie okrążenie faktycznie było niezłe, no ale właśnie... wydawało mi się, bo okrążenie skończyłem z podobnym czasem jak pierwsze - ok 48 min.

Na trzecim okrążenie trzeba było nieco nadrobić, większość okrążenia jechałem również sam, chwilę posiedziałem na kole, ale szybko udało się wyprzedzić, ogólnie jechało się bardzo podobnie do poprzedniego okrążenia, w 3/4 okrążenia dogoniłem jeszcze zawodnika poprzedzającego i usiadłem mu na kole, plan był taki, żeby trzymać się blisko i wyprzedzić na finiszu, jednak niestety kolega w pewnym momencie zakopał się w piachu i linię mety przekroczyłem samotnie z czasem ok 2:23 (czyli ostatnie okrążenie pokonane niewiele szybciej niż poprzednie :( ).
No, w każdym razie po finiszu do bufetu > w sumie zaopatrzenie normalne, ciasto, ciastka, pełno owoców, izotonik w butelce, spoko, wszystko co na bufecie być powinno. Akurat obok bufetu był szlauch i jedna osoba przy nim, więc wraz Arturem powierzchownie umyliśmy rowerki, odebraliśmy plecak z depozytu, oddałem chip i poszliśmy na makaron, który okazał się całkiem niezły jak na maratonowe makarony :)

No to tyle jeżeli chodzi o samą relację, na pewno warto dodać, że widać zaangażowanie organizatora w to co zrobił i chyba nie bez powodu kilkukrotnie słyszałem, że organizacja większych cykli (tych na M, albo na P) może się schować, zawody na 1500 pewnie trudniej zorganizować, co nie zmienia fakty, że memoriał był świetnie obstawiony na trasie, na bufetach była woda i izo, trasa była wytyczona i oznakowana genialnie, na pewno za rok pojawię się również :)

No i jeszcze plusik dla roweru - kilka razy faktycznie naprawił moje spore błędy, gdyby było inaczej leżałbym ze 3, albo 4 razy, bo w kilku miejscach już było na granicy :>

Adam Safiański