Szykowała się rzeźnia, w końcu trasa jest mocno urozmaicona.

IX_MD_ML-70Jeszcze przed startem stwierdziłem, że łatwo nie będzie – tym razem na linii pojawiło się sporo znanych nazwisk. Szykowała się rzeźnia, w końcu trasa jest mocno urozmaicona – wąskie single, zjazdy, podjazdy, piach i błoto. Nie udało mi się zrobić dobrej rozgrzewki – kluczową sprawą było ustawienie się na początku sektora startowego ponieważ późniejsze zwężenia skutecznie rozciągają peleton. Wybrałem dobrą pozycję startową zamiast konkretnego przygotowania się. Na linii startu stałem chyba ponad 30 minut – zdążyłem całkowicie ostygnąć.

 

Start był dość mocny. Prędkość na początku w okolicach 45 km/h. Ja już po kilkuset metrach odczuwam brak właściwego rozgrzania. Nogi puchną, czuję zakwaszenie – zaczynają się robić drewniane. Do zwężki lecę tempem peletonu ale później muszę zwolnić, bo wiem, że jeszcze chwila i źle się to dla mnie skończy. Myślałem, że w lesie trochę mi się poprawi ale znajomość trasy nie daje mi dużej przewagi. Rywale są silniejsi. Sprzęt też trochę mnie zawodzi – napęd przeskakuje. W jednym miejscu zatrzymuję się w piachu – przerzutka nie zrzuciła. Wyprzedza mnie sporo osób (mni. Dawid Jankowski z Polskiego Klubu MTB) a ja zaczynam jechać swoim tempem, żeby trochę odżyć. W głowie ciągle powtarza mi się jedna myśl – chcę zrezygnować. Z takim nastawieniem dojeżdżam do końca pierwszej pętli. Bogdan krzyczy: „Rafał Doboszyński, reprezentant PKMTB i Marek, brawo Rafał!”. Słysze jakieś brawa – aż sam się zdziwiłem, że w ogóle i że takie głośne (przez chwilę myślałem, że to moi sąsiedzi wpadli, żeby dopingować) – to dodaje mi motywacji do dalszej jazdy. Cisnę w pedały, mam wrażenie, że drugie kółko było szybsze od pierwszego (później okazuje się, że jednak wolniejsze o 46 sekund). Na drugiej pętli zaczynam wyprzedzać jakiś zawodników – część z dystansu sport, część ze standard. Czuję się znacznie lepiej, drewno w nogach minęło, jaram się zjazdem, na którym podczas wcześniejszego treningu znalazłem szybką, alternatywną ścieżkę – na każdym kółku udaje mi się tam wyprzedzić jakiegoś człowieka i urwać jakieś sekundy. Wskakuje na finalne okrążenie, jadę szybko, mijam sporo niedobitków ze standardu. Na końcówce pętli zaliczam niegroźną glebę – koło uślizgnęło się na korzeniu – przez to wyprzedza mnie jedna osoba – nie dojdę jej już do końca, zabraknie mi 12 sekund. Doganiam natomiast innego mieszkańca Marek i układam sobie strategię na koniec – wymyśliłem, że będę go cały czas lekko „denerwował” podjeżdżał tak żeby mnie widział, słyszał i czuł moją obecność – to skłoni go do ciśnięcia i do większego wysiłku. Taki pressing. Tak też robię. Jestem na jego kole – chcę dać zmianę żeby nie było jakiś nieporozumień ale jak wyskoczyłem do przodu to Michał się spiął i mnie wyprzedził – „nie krępuj się pomyślałem” i wskoczyłem znów za niego. Przy finalnym nawrocie wszedłem mu „pod pachę” czyli pojechałem po wewnętrznej i pociągnąłem ile sił w nogach na ostatnich 200 metrach Vmax = 42,8 km/h, kadencja doszła nawet do 128, Hr 185 – dość niski jak na mnie. Na tym kawałku zrobiłem 6 sekund przewagi mimo przeskakującej tylnej przerzutki i zmęczenia trasą. To przyjemne uczucie.
Na metę wpadam jako 30 zawodnik z dystansu sport.

Wydaje mi się, że mogę być zadowolony z wyniku – w tym roku trasa była minimalnie dłuższa (jedna zmiana), konkurencja bardzo mocna – 80% ludzi przede mną to 1 sektor w PB w tym kilku prawdziwych wymiataczy. Zanotowałem czas lepszy niż w zeszłym roku (o około 2min 20sek). Warunki były gorsze – było mokro – śliskie korzenie i gdzieniegdzie błoto, do tego na podmokłych częściach trasy zrobiło się grząsko. W tym roku było też więcej piasku ale deszcz go trochę zneutralizował.

Na pewno zadowolony jestem z równej jazdy – wszystkie kółka zrobiłem w bardzo podobnym czasie – tym razem nie zabrakło mocy:
00:47:32
00:48:18
00:48:46

Wyniki

Nie dokuczał mi ból pleców – z tego cieszę się najbardziej. Bo to mój główny demotywator.

Po wyścigu wieczorem, w ciszy udałem się na grób Huberta, oddać się chwili refleksji. To dla niego się ścigaliśmy. O tym nie wolno zapomnieć.

Następne wyzwanie – Śnieżka!

Ogromne podziękowania dla Bogdana Saternusa za motywujące komentarze z głośników, pod moim adresem. Dla całej ekipy Pani Grażyny Manteuffel – za organizację zawodów na najwyższym możliwym poziomie.

 

Rafał Doboszyński

doboszynski.pl