ArteQ - relacja z Memoriału

Memoriał Bercika to od 3 lat obowiązkowa pozycja w moim kalendarzu. Dwa lata temu podczas pierwszego startu panował potworny upał, rok temu taplaliśmy się w błocie po piasty, natomiast w tym roku zapowiadało się że warunki będą w końcu "normalne". Przed starem miałem trochę problemów: korba po górach przestała się kręcić, a podeszwa od butów Sidi wzięła rozwód od reszty buta. Na szczęście oba problemy udało się dzień przed startem rozwiązać, uff ;-)
Dojazd od Marek miałem bezproblemowy i na starcie byłem odpowiednio wcześniej. Rejestracja sprawna i szybka, w pakiecie startowym oprócz pamiątkowego T-shirta był dodatkowo żel (o którym przypomniałem sobie dopiero na mecie...) i smycz. Dla porównania w innych mazovieckich cyklach maratonów w pakiecie startowym jest... przejazd oznakowaną (mniej więcej) trasą ;-) Zakupy, depozycik, ogarnianie się i idziemy na start. Z zeszłego roku pamiętałem, że nie można czekać na start dystansu Sport, tylko trzeba od razu ustawić się za nimi w miarę z przodu stawki Standard, inaczej będzie pozamiatane...

 

Stoję w ok 2~3 linii przed matą, jest spory tłok ale nie jest źle. Trochę dziwią mnie niektóre osoby stojące obok, bo raczej na ścigantów nie wyglądają, no ale może to taka metoda na blef ;-) W końcu ruszamy, początek to długa szutrówka, później zakręt i dalej sporo prostej. Nie ma się co zastanawiać, trzeba gonić czub. Na liczniku 40km/h, ale bez jakiejś mega napinki udaje mi się dojść do prowadzących. Przed wjazdem w teren jestem już na okolicach 4-6 pozycji. Specyfika trasy jest taka, że jak się zostanie z tyłu to później można co najwyżej podziwiać mazowieckie lasy - na singlach nie ma gdzie wyprzedzać i ciężko odrobić straty. 

 

Jedziemy spokojnie, jestem na dobrej pozycji - jest fajnie :-) Moja sielanka nie trwa jednak zbyt długo: zaraz na początku popełniam spory błąd. Na trasie jest duża łacha piachu i niestety próbuje objechać ją zupełnie nie z tej strony co trzeba. Zakopuje się i oglądam jak w tym czasie wyprzedza mnie zbyt-dużo-osób. Taka wpadka na samym początku bardzo boli i kiepsko wpływa na morale, no ale trzeba jechać dalej.

 

Trasa jest w większości taka sama jak w poprzednich edycjach. To znaczy jest rewelacyjna! Przez 90% czasu jedziemy fajnymi, krętymi singlami. Jest trochę zjazdów i podjazdów, jasne że niezbyt długich bo to wciąż tylko okolice Warszawy, ale jednak! Na pewno jest ciekawie i nie można się nudzić. Zdecydowaną większość trasy jadę sam, co ma swoje dobre i złe strony. Na pewno samemu jedzie się ciekawiej bo więcej widać, trzeba patrzyć na strzałki (BTW oznakowanie było bezbłędne!) i można czerpać więcej radości z jazdy. Wadą jest to, że nie wiadomo jak jadą rywale i ile się ma straty. Cóż - coś za coś. Na szczęśćie trasa bardziej przypominała XC niż mazoviecki wyścig szutrowy, więc brak koła do schowania się przed wiatrem nie miał żadnego znaczenia.

 

Kilka osób udało mi się na trasie wyprzedzić. Tutaj należą się duże podziękowania szczególnie dla wolniejszych osób z dystansu sport, które elegancko ustępowały miejsca ułatwiając wyprzedzanie. Niestety przy okazji znowu wyszło trochę moich braków w technice: trasę co prawda przejechałem dość sprawnie i bez schodzenia z roweru, ale sam mam wrażenie że zakręty pokonuje niezbyt pewnie i zdecydowanie za wolno. Przez takie niepotrzebne hamowanie traci cię cenne sekundy i jeszcze cenniejsze siły.

 

Po finishu nawet nie chciało mi się patrzeć które miejsce zająłem, bo uznałem że pewnie jakieś odległe skoro tyle osób mnie na początku objechało na piachu. No ale w końcu po zamknięciu trasy podszedłem z ciekawości zobaczyć listę wyników i tu niespodzianka, bo jestem 4 w Open i 3 w M2 (przy czym M2 na Berciku to kategoria od 19 do 40 lat, więc dość szeroka). Czyli zupełnie niespodziewanie miejsce na podium - wow! :-)

 

Parę słów o organizacji: jak zwykle była rewelacyjna! Biuro zawodów działało szybko i sprawnie, a co najważniejsze wszystko z uśmiechem na ustach. Trasa oznaczona bardzo dobrze, kluczowe miejsca obstawione przez obsługę. Osób z obsługi w "miasteczku" jak mrówków - wszyscy w pomarańczowych tshirtach więc łatwo rozpoznawalni. Bufet na mecie bardzo dobrze wyposażony - owoce, izotoniki (w butelkach, nie rozwodniony proszek), ciasta (nie ze sklepu, domowe - ktoś musiał poświęcić sporo czasu żeby to przygotować). Do tego ciepły makaron z prawdziwym sosem. 

 

Nie wiem jakie były nagrody w innych kategoriach, bo nikt znajomy nie stał na pudle, ale podejrzewam że całkiem konkretne. Ja za 3 miejsce w M2 standard dostałem: dyplom, puchar (duży!), zestaw linek&pancerzy Jagwire do szosy (wartość ok 140zł), dwa zestawy łatek, smar do łańcucha Shimano, tshit, koszulkę (chyba jakaś piłkarska), koszyczek na bidon Topeak, napój. W sumie oceniam to na dobrze ponad 200zł, organizatorzy komercyjnych cykli gdzie wygrywa się uścisk ręki organizatora powinni się wstydzić.

 

A teraz najlepsze: cała impreza jest robiona przez wolontariuszy, wspierana przez sponsorów i ludzi dobrej woli. Udział jest całkowicie bezpłatny (obowiązuje tylko zwrotna kaucja za chipa).

Pozdrawiam ArteQ