Ciągle we wszystkim byłem drugi ...

Dwa lata temu w Memoriale Bercika zadebiutowałem w zawodach MTB. Bardzo mile wspominam udział w tych zawodach – kameralna (przy masowej Mazovii) impreza, świetna organizacja i super atmosfera. Rok temu termin mi nie pasował, więc nie wystąpiłem. W tym roku też wg pierwotnych planów nie pasowało mi, ale ostatecznie odpuściłem rywalizację w Pucharze Polski MTBO i postanowiłem ponownie zawitać na „Berciku”.

Dwa lata temu wystartowałem na dystansie Sport (3 pętle po 17km) i chciałem zmieścić się w pierwszej części stawki. Skończyło się w drugiej – 89 miejsce na 136 startujących. No cóż – debiut :D

W tym roku zapisałem się na dystans Standard – czyli tylko jedna pętla 17km. Na krótko, bo
- zapisując się nie wiedziałem jak będzie zachowywał się mój organizm po 450km w poprzednich zawodach
- nie lubię jeździć tych samych pętli
- rekord wysokiej temperatury nie zachęca do ścigania
- postanowiłem zdobyć kolejny pucharek (heh, łowca pucharków ;))
- chciałem zobaczyć jak to jest jechać w czubie
- chciałem zobaczyć jak będę mentalnie się zachowywał gdy będę na prowadzeniu

Pojechać i wygrać :D Jak to „lekko” brzmi :D

Ponieważ wyścig jest niecałe 50km od domu więc jedziemy tam całą rodzinką. Załatwiam formalności, spotykam Krzyśka eks-Dampersa i jadę na rozgrzewkę. Po zjechaniu z asfaltu duża woda którą jednak da się na lekko-mokro przejechać z prawej strony. Aby mieć pewność, że się nie zakorkuje muszę wjechać już tutaj w czubie. Dalej sporo piachu, ale da się wszystko przejechać. Po paru km początku trasy przemieszczam się na końcówkę, aby sobie ją przypomnieć. Na samym końcu jest zakręt 90stopni przy wjeździe na stadion.

O 10:00 rusza dystans Sport. Na tym dystansie m.in. Radek Rękawek i Irek Gruszczyński. Radek miał problemy i nie ukończył, więc Irek to wykorzystał i wygrał :)

Nasz dystans rusza o 10:20, ale tuż po starcie o 10:00 wszyscy się już ustawiają z przodu. Znając trasę i mając ochotę na walkę o pudło staram się ustawić z przodu, ale pierwszy rząd szybko się zapełnił. Niestety część osób staje tam tylko po to by prawdopodobnie oddać to miejsce po kilkuset metrach. Ale oczywiście każdy ma prawo ustawić się z przodu.

10:20 Start! Pierwsza prosta, wyjazd ze stadionu. Przed sobą widzę 7 osób na prowadzeniu. Dobre złożenie się w kolejne dwa zakręty i już jestem w tej grupce. Gdy zbliżamy się do lasu przyśpieszam, przesuwam się do przodu i jako drugi zjeżdżam z asfaltu. Kolejny asfalt będzie dopiero na kilkuset ostatnich metrach wyścigu. Zawodnik który zjechał przed mną chyba nie bardzo wie jak pojechać tę kałużę i zmienia tor jazdy. W efekcie dochodzi do lekkiego kontaktu, który niestety kończy się dla Niego zatrzymaniem. Nie czuję się winny, ale rzucam „przepraszam” i lecę do przodu. Kawałek dalej wychodzę na prowadzenie wyścigu. Jadę przez piaski i single na maksa. Nie kalkuluję, czy lepiej jechać komuś na kole i dopiero na podjazdach zaatakować. Dystans jest tak krótki, że chcę sprawdzić czy potrafię zacząć od prowadzenia wyścigu i pojechać go na maksa. Na innych maratonach jeżdżę Giga i tam zawsze jednak trzeba kalkulować i rozkładać siły na cały długi dystans. Po 2-3km mylę minimalnie trasę, ale nikt za mną tego nie wykorzystuje. Zresztą nawet nie wiem ilu jest za mną. Pewnie niewielu jest w stanie utrzymać to tempo. Kilometr dalej, czyli ok. 5km trasy przestaję słyszeć za sobą innych zawodników. Trochę mnie to zaskakuje. Raczej spodziewałem się kilku osobowej szarpiącej grupki, w której nie koniecznie będę ten prowadzący. A tu po 5km gubię 120 osób? Nie myślę jednak o tym za dużo i jadę swoje. Trasa jest fajna, sporo interwałowych podjazdów , zjazdów, singli z zakrętami. Momentami czuję że jadę bardzo ostro. Na „normalnym” maratonie czasem zwalniam na singlach, nie ryzykuję. Tutaj wiem, że nie ma czasu i trzeba grzać ile się da. Ale grzać ile się da to można jak się ma dobrą technikę. Jak się ma gorszą to w efekcie kończy się trzeba glebami. Szybko się zbieram i cały czas dziwię, że nikt mnie nie doszedł. Ale po 3-ciej dochodzi mnie zawodnik z WKK (Warszawski Klub Kolarski). Okazuje się że moja kategoria, mimo iż jest z 1991 rocznika. Na Mazovii byłaby różnica aż dwóch kategorii wiekowych (M3 i M1) ale tutaj jest szeroki zakres wiekowy. Z jednej strony szkoda, że mnie dogonił, ale z drugiej się cieszę, bo muszę się jeszcze wykazać i powalczyć. Dość długo jadę przodem i nie zamierzam puszczać Go do przodu. Niech sobie odpoczywa za mną. Przed nami piaszczysta górka. Ja bez problemów wjeżdżam a rywal nie daje rady. No i co z tego. Po podjechaniu znowu mylę trasę, a gdy próbuję wrócić na trasę zaliczam 4-tą glebę. WKK to wykorzystuje i odjeżdża. Ruszam w pogoń ale dystans kilku sekund się utrzymuje. W szczególności na krętym singlu radzi sobie lepiej. Ale gdy zbliża się prosta końcówka naciskam mocniej i zmuszam uda do pracy – efekt: jeszcze przed asfaltem wyprzedzam Go. Na asfalcie mocno jadę, ale ciężko zgubić zawodnika na kole. Ostatni wiraż przed prostą na stadionie. Za bardzo zwalniam, nie ryzykuję agresywnego skrętu, po wyprostowaniu roweru złe przełożenie. W efekcie rywal, który lepiej i szybciej wchodzi w zakręt wyprzedza mnie. Prosta za krótka i mi odjeżdża. Tracę 1s.

Jestem wkurzony. Cały wyścig prowadziłem i to zdecydowanie. Jak już mnie ktoś doszedł to najpierw uciekłem na górce, a potem gdy straciłem pozycję to doszedłem Go na końcówce. Ale za błędy się płaci. Nie widać tego na dystansie Giga, gdy jadę 80-100km i walczę o pierwszą dziesiątkę w kategorii. Ale na tak krótkim dystansie wszystkie niedoskonałości zostają obnażone.

Po chwili jednak wkurzenie mija i pojawia się zadowolenie. Przecież to dla mnie sukces. Drugie miejsce w M2 i jednocześnie w Open. Trzeci zawodnik traci ponad minutę, a czwarty 3minuty. Podobnie jak tydzień temu na Mazovii 24h to wyścig dwóch zawodników. Tylko że znowu byłem ten drugi. Jak Czarek Pazura w „Nic śmiesznego” – „Ciągle we wszystkim byłem drugi, na 1500 drugi, z polskiego drugi, w nogę drugi” :D

A błędy? No cóż – z każdego maratonu trzeba wyciągać wnioski :)

Damian (numer 52)