Jak kontrolowałem sytuację

PK_2014-229Memoriał Bercika to zawody upamiętniające Huberta Manteuffela – kolarza zmarłego tragicznie w 2006 roku . Od 8 lat organizowane są w Markach pod Warszawą. Tak się składa, że od roku jestem mieszkańcem Marek więc po prostu musiałem tu być. Ten wyścig był dla mnie priorytetowy. Co by się nie wydarzyło miałem tu startować i dowieźć dobry wynik. Tego dnia wszyscy jechaliśmy dla Huberta!

 

Tereny, na których rozgrywany jest Bercik są mi dobrze znane, od roku często tu trenuję. Trasa jest wymagająca i nie wiem czy nie jedna z trudniejszych na Mazowszu. Znajdziesz na niej wszystko – szybki asfalt, szuter, łachy piachu, podmokłe drogi na łąkach czy przy jeziorze. Jest też kilka wzniesień połączonych ze sobą bajkowymi, wąskimi singlami prowadzącymi między sosnami. Nie brakuje też sekcji błotnych (strasznie uparte to błoto, bardzo ciężko się zmywa :) ) Duża różnorodność nawierzchni, interwałowy charakter trasy, ciągłe zmiany tempa, temperatura w okolicach 30 stopni dają zabójczą mieszankę.

Tym razem tej zabójczej mieszanki było około 48 km. Dystans składał się z 3 jednakowych pętli po około 16km. Start co prawda został przesunięty o kilkanaście minut ale organizacyjnie impreza była na najwyższym poziomie. Oznaczenie tej krętej trasy zasługuje na 6 – myślę, że nikt nie miał najmniejszego problemu aby przejechać ją w 100% poprawnie. Najlepsze jest to, że zawody organizowane są przez wielu wolontariuszy a wpisowego po prostu nie ma. Za to należą się wielkie podziękowania dla sponsorów. Jedyny zonk jaki mnie i całą czołówkę spotkał to „śpiący policjanci” na skrzyżowaniu – niestety panowie nie zatrzymali w porę ciężarówki i tym samym stworzyli niebezpieczną sytuację.

Tym razem nie będę się rozpisywał ze szczegółami na temat przebiegu zawodów. Generalnie na początku wystartowaliśmy zbitą grupą (w czołówce: Krzysiek Politowski, Przemek Kamiński czyli zawodnicy Polskiego Klubu MTB, gdzieś bardziej w środku peletonu Mariusz Ostrowski, również nasz zawodnik). Po kilku kilometrach stawka rozciągnęła się po tym jak wjechaliśmy na piaszczysty podjazd. Na pierwszym i drugim kółku było trochę cięcia się – bardzo pozytywnego i kulturalnego – przepuszczaliśmy się bo w wielu miejscach jest za wąsko na agresywne wyprzedzanie.

Pierwsze kółko poszło mi bardzo dobrze, większość trasy znałem „na pamięć” jedynie ostatnie 3-4 km to dla mnie nowość. Z czasem jaki osiągnąłem na tym kółku byłbym 6 zawodnikiem na krótkim dystansie. Tempo niezłe biorąc pod uwagę, że jeszcze 2 kółka przede mną. Pulsometr w zasadzie cały czas pokazywał tętno powyżej 180 co mnie trochę zdziwiło bo już dawno tak „mocno” nie jechałem. Na ŚLR jeżdżę spokojniej – tam człowiek jednak bardziej się oszczędza, no ale i poziom trudności jest znacznie wyższy.

Co pętle, gdy przejeżdżam linię startu słyszę jak Bogdan Saternus zachęca mnie do dalszej walki. Bogdan jak to Bogdan, zna wszystkich z imienia, nazwiska, klubu. Dzięki niemu kibice wiedzą kto jest kto. Słyszeć swoje nazwisko w głośnikach to super uczucie, takie małe coś a motywacja i wola walki od razu wzrasta! Dzieki Bogdan!

Druga pętla to walka z kilkoma rywalami, którą niestety przegrywam. Lekko odpuszczam i jadę swoim tempem. Zaczynają mnie też boleć plecy (za mocno napompowane opony). Skutecznie mnie to spowalnia. Czas jaki zanotowałem na tym okrążeniu jest tylko o minutę gorszy od poprzedniego (dopiero teraz to policzyłem i jestem w pozytywnym szoku!).

Trzecie okrążenie jadę prawie całkowicie sam. Po drodze wyprzedzam tylko jednego zawodnika z dystansu sport. Plecy bardzo bolą, z nieba leje się żar. Na szczęście na trasie jest sporo punktów z wodą. Wykorzystuję ją dobrze – nawadniam się, polewam plecy chłodząc się w ten sposób. Czyszczę też napęd nie przestając jechać. Na końcówce, na jakiejś dłuższej prostej oglądam się i widzę Przemka (którego tym razem udało mi się wcześniej wyprzedzić – chyba miał gorszy dzień). W mojej głowie pojawia się tylko jedno – słowo na literę K i panika :). Zrywam się i ciągnę do mety na 100%. Ignoruję ból i zmęczenie. Wcześniej nikogo nie widziałem za sobą, kontrolowałem sytuację. Teraz naglę się to zmieniło. Czuję oddech na plecach i za cholerę nie chcę stracić mojego miejsca. Po drodze mijam jeszcze Sławka – myślałem, że on już dawno skończył i jeździ po trasie żeby zobaczyć walkę innych ludzi. Start miał imponujący – odjechał nam bardzo mocno. Wpadam na metę z blisko minutową przewagą nad Przemkiem. Udało mi się trochę nadgonić. Po chwili linię mety przekracza również Sławek – okazuje się, że zabrakło mu energii i całą pętle jechał bardzo powoli.
Pokonanie 3 kółka zajęło mi 51 minut i 4 sekundy. Mimo iż wydawało mi się, że jechałem bardzo wolno to i tak ten czas jest niezły – okolice 15 miejsca open na krótkim dystansie!

Ostatecznie zająłem 20 miejsce open ze stratą około 12,5 minuty do zwycięzcy. Jestem z niego bardzo zadowolony.

Na poszczególnych pętlach uzyskałem następujące czasy:
I pętla – 47:27
II pętla – 48:27
III pętla – 51:04
———————
Całkowity czas: 02:26:58

Podsumowując: impreza profesjonalnie zorganizowana, teren trudny, wynik moim zdaniem bardzo dobry. Błoto natomiast nie do zmycia!

Tutaj można zobaczyć wirtualny wyścig:
http://labs.strava.com/flyby/viewer/#171071733

Rafał Doboszyński