Adam Wojciechowski

W końcu postanowiłem zobaczyć jak to jest i co ludzie w tym widzą. To, że Maraton MTB będzie się różnić od Maratonów na Orientację to wiedziałem, ale nie zdawałem sobie sprawy, że aż tak.

Memoriał Bercika, impreza robiona z potrzeby serca, darmowa, pełna nawiązań do zmarłego tragicznie bohatera zawodów. Nie będę skupiał na samej organizacji, bo została przeprowadzona perfekcyjnie, a mnogość sponsorów zaowocowała wielością nagród oraz pełnym bufetem darmowych kalorii po zawodach! Gratulację, bo sam wiem ile kosztuje zorganizowanie czegoś takiego.
Na starcie dystansu SPORT (miało być 51 km, w trzech pętlach po 17km) stanęło ok. 100 zawodników. Trochę za późno się zorientowałem, że niektórzy się zaczęli ustawiać już na starcie i zająłem pozycję w środku stawki. Jak się później okazało taka pozycja właściwie dyskwalifikuje z walki o dobre miejsca. Organizatorzy zapowiadali, że początek miał być czymś w rodzaju rundy honorowej stąd spodziewałem się, że uda mi się zyskać kilka pozycji. Okazało się inaczej.

Start i od razu z grubej rury, łańcuch na blat i 40-42 kmph. Ostro, ale udaje mi się zyskać kilka pozycji zanim nastąpi zjazd w teren. W oddali widzę, że pierwsi już zjeżdżają, w tym momencie miałem już 10-15 sekund straty. Pierwsza runda to dla mnie duże zaskoczenie, nazwałbym to szaleństwem. Jazda cały czas na najwyższych obrotach, nie ma kiedy sięgnąć po bidon, bo od razy ktoś Ci odjeżdża. Z racji swojej dalszej pozycji pierwsze kółko upłynęło pod znakiem wyprzedzania. Może dla niektórych jest to motywujące, mnie trochę deprymuje jak muszę wyprzedzić kogoś wolniejszego i jeszcze nie ma miejsca (50% trasy to single tracki bez szanse na minięcie przeciwnika). Najwięcej zyskuję na podjazdach, często zapiaszczonych, opony sprawują się doskonale, były sytuacje gdzie mijałem za jednym razem 5 przeciwników. W połowie okrążenia wychodzi, że się nie do końca przygotowałem - siodełko od wstrząsów mi się obniżało. Dało się jechać, ale szczególnie na podjazdach traciłem parę w nogach. Na szczęście na całej trasie były dwa miejsca, które wymagały zejścia z roweru. Czekałem tylko na nie, aby podnieść wtedy siedzisko. Ogólnie patrząc to trasa była bardzo techniczna, poza kilkoma prostymi, wciąż szybkie zakręty nierzadko w piachu, naprawdę ostre zjazdy, i wąskie ścieżki pomiędzy drzewami i wystającymi pieńkami.

Na końcu pierwszego kółka nie widzę nikogo przed sobą. Akurat koniec i początek okrążenia jest po asfalcie, więc mogę przycisnąć. Sprawę utrudnia nieszczęsne siodełko, więc więcej niż 34 km/h nie daję rady. Tuż za bramką kończącą okrążenie stoją ludzie z butelkami z wodą. Tuż przed zjazdem na szuter udaje mi się jeszcze kogoś wyprzedzić i znów jestem sam. Za chwile bufet. Są batony energetyczne, dla mnie pomysł zupełnie nietrafiony, przy takiej jeździe na pełnych obrotach i suchym gardle przełknięcie takiego jedzenia jest naprawdę trudne. W rezultacie podjęty na początku drugiego kółka baton zjadłem tylko do połowy robiąc gryza w sprzyjających momentach całego wyścigu.

W połowie drugiego kółka doganiam zawodników, okazuje się, że są to uczestnicy trasy krótkiej (1 okrążenie), która wystartowała 10 minut po nas. Znowu trzeba było wyprzedać. Krzyczałem, "lewa wolna" lub "prawa wolna", kiedy chciałem kogoś minąć. Nie wiem czy tak się robi, bo nikt tak nie krzyczał, najważniejsze, że działało, chociaż i tak traciłem prędkość oraz wybijało mi to z rytmu. W końcu udaje mi się dojść kilku gości z mojej trasy, ale tych mam szanse minąć tylko na podjazdach.

Na trzecim kółku czułem się już trochę znużony - znowu to samo. Na samym początku okrążenia minąłem znowu dwie osoby. W końcu dopadłem zawodnika w zielonym i trzymałem się za nim już do końca, jechał właściwie moim tempem i nie miałem jak go wyprzedzić. Jakieś 2 kilometry przed metą doganiamy grupkę 4 osób, więc wszystko miało się rozstrzygnąć na ostatniej prostej. Na nieszczęście moje siodełko było już naprawdę nisko. Więcej niż 32 km/h nie daję rady, wystarczy to tylko na to, żeby się utrzymać za grupką. Gdyby nie siodło, wydaje mi się, że zyskałbym przynajmniej ze dwie pozycje :(

Na mecie licznik wskazuje 48,5 km (co to jest przy maratonach 100-200 kilometrowych), zaskoczony jestem, że to już koniec bo zmęczenia dużego nie mam, jedynie czuję, że jestem trochę głodny - przez to tempo nie było kiedy jeść. Posilam się na szybko i idę na makaron. Wychodzi, że jestem 25. ze sporą stratą do zwycięzcy. Widzę jak wygląda integracja po wyścigowa - trochę inaczej niż u orientalistów. Tutaj raczej każdy oddzielnie, a rozmowy dotyczą głównie nowości sprzętowych :D

Adam Wojciechowski
WaypointGame Team